jakże nęci mnie to mięso
żywe
jak pulsuje, jak pachnie
istne
panie kalkulatorze
życia ni śmierci
nic a nic
kalkulujesz ty pięknie
czysto i porządnie
znasz i wiesz
a ja czekam
kiedy
pękniesz
jo
szukasz siebie
pośród smoków i potworów
lubisz ty rzeczy straszne
mój mały
fra
pełen śmiechu
lecisz
najprawdziwszyś
franku drogi
ubierz się jednak
w
liście
jesienne
złote
czerwone
brązowe
o nie wstrzymuj swego zagniewania i
niech miecz twój się nazbyt sroży
panie,
lecz gdzie twój miecz i
gdzie twoje zagniewanie
kiedy przyjdzie czas umierać
zostawię
wszystkie swoje rzeczy z pracowni
będę wolny
w
okienkach
drzwiczkach
klatkach
nawet hostia jest z papieru
o tych co się przechylają
o tych co zakładają pętlę
niech wpadną w twe ręce
niech zawisną w twe ramiona
jedna chwila
zatrzymana
w
to
co
niezmierzone
zimorodek
czyżby
niedzielny kościół to kukły
nieco ruchome
w głowie proboszcza
skomponowane
posłuszne jego wezwaniom
niektóre rzeczy przestają być sobą, gdy pozostaną bez obramowania,
tracą swą moc
gdy na pustej powierzchni rzecz pozostanie sama
mocna
kreską
kolorem
i ram mieć nie musi
i emanuje
obramowana przestrzenią
nie przemawiaj już do mnie
boże mózgu mego
sędzio sprawiedliwy
za dobre tak
za złe nie
wszystko pod kontrolą
udręka
ale po co zwracać się do tego
po co mówić do widziadła
gdy zobaczysz mojego trupa
nie mów to on
pocałuj w rękę lub ugryź po co
to nie ja
to nie moje ciało
wraz ze wzrostem świadomości
rośnie poziom cierpienia
ale też radość ze spełnionej nadziei
wielki czarny chrabąszcz
mocnykurwafacet
ale ja go znam
wrażliwy
czuły
swój
zrywam zasłony
rozdzieram kotary
a tam nic
znam go
tylko z obrazu i podań
prorok to mocny
słabości i wyuzdania
ekstatyczny i piękny
destruktywny
i nie w każdym tańcu z tobą zatańczę
i nie każdą pieśń z tobą zaśpiewam
tyś objawił siebie
tyś objawił wielu
wielki głód sytych
wielką pustkę masek
oj malutki szamanie
nawet nie przypuszczałem
że choć trochę cię polubię
zabrali króla
i jak dokonać samookreślenia
duszę się
żyły przecięte zwisają
umieram – tak czuję
już
udusiłem się
żyły uschły i odpadły
już umarłem
ha
ale żyję i wreszcie widzę
chociaż tylko cząstkę
lecz widzę
mogę żyć bez niego
i wcale nie przeciw niemu
związki
samotność
ale w niej mieszka szansa
szukam
lasek
kul
i
wózków
i znów staje przede mną
brutalna
gdy nie chciana
piękna
gdy zazwyczaj
w niej drzemią siły niesłychane
abym był
i
abym zniknął
abym poznał trochę
abym szukał
miłował i przyjmował
nie odmawiaj mi tego
co we mnie
życie jest we mnie
duch jest we mnie
i…
zewnętrzne źródło życia
jest wewnątrz człowieka
kiedy duch wywodzi mnie na pustynię
nie mów:
nie czyń tego
czyń to
skrucha
wdzięczność
trata tata
bo duch przemknie
a mnie zostawisz
i nie podniesiesz
ani nie tkniesz nawet
ciężaru mego
on mnie przydusi
a ty jakbyś w ogóle w tym palców nie maczał
odpowiedzialność
ach
te samce
już to się gromadzą
klaty wystawiają
łby wysoko podnoszą
i zęby
i pazury
i tańce
a samice wokół swoich
to się prężą
to parskają
popiskują
słodko
co nas łączy
bóg
czy mówienie o bogu
a przecież można mówić o tym czego nie ma
miłe mi są te chwile
gdy
w melancholii zmysłów
rozlewam się na sofie
lub podłodze
słyszę
dźwięk
widzę półświatło
na brzuchu udzie i ręce
dziecko rozpływa się
patrzy
oddycha
cisza
drugie spotkanie z małym szamanem
jak dziwnie nieprzyjemny
może być smak schyłku
słodycz bez wyrazu mdląca
mało co śliny można przełknąć
oddech nie nasącza powietrzem ciała
źle we własnym ciele
a przecież tylko oglądam wizję twego końca
wspomnienia na taśmie
czuję z tobą silną więź
choć nie wszystko z tobą zapalę
choć nie wszystkiego się z tobą napiję
klimat odosobnienia
miła woń
prostych traw
światło
miękkie i wszędzie
(osioł owce dziewczynka)
w głowę mi wskoczyło
kwadratowe wirowanie
z wczorajszymi obleńcami
przydługimi ślimakami
w duszy swej
w wyobraźni
jestem żeński
zapładniają mnie one
zapładniają mnie oni
bez nich nigdy nic bym nie zdziałał
ni słów
ni obrazów
na ile samodzielny
na ile sam
na ile zależny
sztukmistrz
szaman
dla siebie i dla ciebie
z ciebie i z siebie
podróż tak
a jak
siedzę
leżę
podróż tak
bo czasem podróż
to
niepodróż
a zasiedzenie w ruchu
rozdygotanie
zawieszony w próżni jak
w wodzie w stanie nieważkości
ani dłońmi ani nogami
podeprzeć się nie mogę
głowy skłonić ani nic
zrozum proszę że
jestem zbyt usztywniony
zbyt ukrzyżowany sobą
aby swobodnie unosić się
panie
nagle stałeś się Pawle
patronem nagłego odejścia
pozostawienia wszystkiego
ci co zostali
niech szybko uczą się
moja świadomość marcowa
siedzi przy ogniu i pije wino
moja świadomość marcowa
pełna nadziei w opalu śnieżnej zamieci
moja świadomość marcowa
wszelka wiedza i mądrości
w kablach w falach
a na zewnątrz
każdy sposób każdy obraz
a na zewnątrz
tylko w jamach i pieczarach
kwitnie
płonie
milczy
mówi
oddycha
sophia
wszystkie moje zapytania anarchiczne
wszystkie poszukiwania tao
ciążą ku jednej
matce i córce
sophii
gdym zobaczył
oniemiałem
choć każdy trąbi wokół
a na ustach wielu ona
w proroczym
w narkotycznym
gdy spadam a nie chcę
gdym ukrzyżowany
nie panuję
nie ogarniam
spadam
spadam ale w puch i miękko
jesteś jacek boski
jak papierosy
(pauza)
starczyło pięćdziesiąt wersów
abym zaczął gadać
(dłuższa pauza)
pierdol system pókiś młody
a na starość choć cię powygina
nie będziesz skamieniały
żywe
jak pulsuje, jak pachnie
istne
panie kalkulatorze
życia ni śmierci
nic a nic
kalkulujesz ty pięknie
czysto i porządnie
znasz i wiesz
a ja czekam
kiedy
pękniesz
jo
szukasz siebie
pośród smoków i potworów
lubisz ty rzeczy straszne
mój mały
fra
pełen śmiechu
lecisz
najprawdziwszyś
franku drogi
ubierz się jednak
w
liście
jesienne
złote
czerwone
brązowe
o nie wstrzymuj swego zagniewania i
niech miecz twój się nazbyt sroży
panie,
lecz gdzie twój miecz i
gdzie twoje zagniewanie
kiedy przyjdzie czas umierać
zostawię
wszystkie swoje rzeczy z pracowni
będę wolny
w
okienkach
drzwiczkach
klatkach
nawet hostia jest z papieru
o tych co się przechylają
o tych co zakładają pętlę
niech wpadną w twe ręce
niech zawisną w twe ramiona
jedna chwila
zatrzymana
w
to
co
niezmierzone
zimorodek
czyżby
niedzielny kościół to kukły
nieco ruchome
w głowie proboszcza
skomponowane
posłuszne jego wezwaniom
niektóre rzeczy przestają być sobą, gdy pozostaną bez obramowania,
tracą swą moc
gdy na pustej powierzchni rzecz pozostanie sama
mocna
kreską
kolorem
i ram mieć nie musi
i emanuje
obramowana przestrzenią
nie przemawiaj już do mnie
boże mózgu mego
sędzio sprawiedliwy
za dobre tak
za złe nie
wszystko pod kontrolą
udręka
ale po co zwracać się do tego
po co mówić do widziadła
gdy zobaczysz mojego trupa
nie mów to on
pocałuj w rękę lub ugryź po co
to nie ja
to nie moje ciało
wraz ze wzrostem świadomości
rośnie poziom cierpienia
ale też radość ze spełnionej nadziei
wielki czarny chrabąszcz
mocnykurwafacet
ale ja go znam
wrażliwy
czuły
swój
zrywam zasłony
rozdzieram kotary
a tam nic
znam go
tylko z obrazu i podań
prorok to mocny
słabości i wyuzdania
ekstatyczny i piękny
destruktywny
i nie w każdym tańcu z tobą zatańczę
i nie każdą pieśń z tobą zaśpiewam
tyś objawił siebie
tyś objawił wielu
wielki głód sytych
wielką pustkę masek
oj malutki szamanie
nawet nie przypuszczałem
że choć trochę cię polubię
zabrali króla
i jak dokonać samookreślenia
duszę się
żyły przecięte zwisają
umieram – tak czuję
już
udusiłem się
żyły uschły i odpadły
już umarłem
ha
ale żyję i wreszcie widzę
chociaż tylko cząstkę
lecz widzę
mogę żyć bez niego
i wcale nie przeciw niemu
związki
samotność
ale w niej mieszka szansa
szukam
lasek
kul
i
wózków
i znów staje przede mną
brutalna
gdy nie chciana
piękna
gdy zazwyczaj
w niej drzemią siły niesłychane
abym był
i
abym zniknął
abym poznał trochę
abym szukał
miłował i przyjmował
nie odmawiaj mi tego
co we mnie
życie jest we mnie
duch jest we mnie
i…
zewnętrzne źródło życia
jest wewnątrz człowieka
kiedy duch wywodzi mnie na pustynię
nie mów:
nie czyń tego
czyń to
skrucha
wdzięczność
trata tata
bo duch przemknie
a mnie zostawisz
i nie podniesiesz
ani nie tkniesz nawet
ciężaru mego
on mnie przydusi
a ty jakbyś w ogóle w tym palców nie maczał
odpowiedzialność
ach
te samce
już to się gromadzą
klaty wystawiają
łby wysoko podnoszą
i zęby
i pazury
i tańce
a samice wokół swoich
to się prężą
to parskają
popiskują
słodko
co nas łączy
bóg
czy mówienie o bogu
a przecież można mówić o tym czego nie ma
miłe mi są te chwile
gdy
w melancholii zmysłów
rozlewam się na sofie
lub podłodze
słyszę
dźwięk
widzę półświatło
na brzuchu udzie i ręce
dziecko rozpływa się
patrzy
oddycha
cisza
drugie spotkanie z małym szamanem
jak dziwnie nieprzyjemny
może być smak schyłku
słodycz bez wyrazu mdląca
mało co śliny można przełknąć
oddech nie nasącza powietrzem ciała
źle we własnym ciele
a przecież tylko oglądam wizję twego końca
wspomnienia na taśmie
czuję z tobą silną więź
choć nie wszystko z tobą zapalę
choć nie wszystkiego się z tobą napiję
klimat odosobnienia
miła woń
prostych traw
światło
miękkie i wszędzie
(osioł owce dziewczynka)
w głowę mi wskoczyło
kwadratowe wirowanie
z wczorajszymi obleńcami
przydługimi ślimakami
w duszy swej
w wyobraźni
jestem żeński
zapładniają mnie one
zapładniają mnie oni
bez nich nigdy nic bym nie zdziałał
ni słów
ni obrazów
na ile samodzielny
na ile sam
na ile zależny
sztukmistrz
szaman
dla siebie i dla ciebie
z ciebie i z siebie
podróż tak
a jak
siedzę
leżę
podróż tak
bo czasem podróż
to
niepodróż
a zasiedzenie w ruchu
rozdygotanie
zawieszony w próżni jak
w wodzie w stanie nieważkości
ani dłońmi ani nogami
podeprzeć się nie mogę
głowy skłonić ani nic
zrozum proszę że
jestem zbyt usztywniony
zbyt ukrzyżowany sobą
aby swobodnie unosić się
panie
nagle stałeś się Pawle
patronem nagłego odejścia
pozostawienia wszystkiego
ci co zostali
niech szybko uczą się
moja świadomość marcowa
siedzi przy ogniu i pije wino
moja świadomość marcowa
pełna nadziei w opalu śnieżnej zamieci
moja świadomość marcowa
wszelka wiedza i mądrości
w kablach w falach
a na zewnątrz
każdy sposób każdy obraz
a na zewnątrz
tylko w jamach i pieczarach
kwitnie
płonie
milczy
mówi
oddycha
sophia
wszystkie moje zapytania anarchiczne
wszystkie poszukiwania tao
ciążą ku jednej
matce i córce
sophii
gdym zobaczył
oniemiałem
choć każdy trąbi wokół
a na ustach wielu ona
w proroczym
w narkotycznym
gdy spadam a nie chcę
gdym ukrzyżowany
nie panuję
nie ogarniam
spadam
spadam ale w puch i miękko
jesteś jacek boski
jak papierosy
(pauza)
starczyło pięćdziesiąt wersów
abym zaczął gadać
(dłuższa pauza)
pierdol system pókiś młody
a na starość choć cię powygina
nie będziesz skamieniały