jakże nęci mnie to mięso
żywe
jak pulsuje, jak pachnie
istne
panie kalkulatorze
życia ni śmierci
nic a nic
kalkulujesz ty pięknie
czysto i porządnie
znasz i wiesz
a ja czekam
kiedy
pękniesz
jo
szukasz siebie
pośród smoków i potworów
lubisz ty rzeczy straszne
mój mały
fra
pełen śmiechu
lecisz
najprawdziwszyś
franku drogi
ubierz się jednak
w
liście
jesienne
złote
czerwone
brązowe
o nie wstrzymuj swego zagniewania i
niech miecz twój się nazbyt sroży
panie,
lecz gdzie twój miecz i
gdzie twoje zagniewanie
kiedy przyjdzie czas umierać
zostawię
wszystkie swoje rzeczy z pracowni
będę wolny
w
okienkach
drzwiczkach
klatkach
nawet hostia jest z papieru
o tych co się przechylają
o tych co zakładają pętlę
niech wpadną w twe ręce
niech zawisną w twe ramiona
jedna chwila
zatrzymana
w
to
co
niezmierzone
zimorodek
czyżby
niedzielny kościół to kukły
nieco ruchome
w głowie proboszcza
skomponowane
posłuszne jego wezwaniom
niektóre rzeczy przestają być sobą, gdy pozostaną bez obramowania,
tracą swą moc
gdy na pustej powierzchni rzecz pozostanie sama
mocna
kreską
kolorem
i ram mieć nie musi
i emanuje
obramowana przestrzenią
nie przemawiaj już do mnie
boże mózgu mego
sędzio sprawiedliwy
za dobre tak
za złe nie
wszystko pod kontrolą
udręka
ale po co zwracać się do tego
po co mówić do widziadła
gdy zobaczysz mojego trupa
nie mów to on
pocałuj w rękę lub ugryź po co
to nie ja
to nie moje ciało
wraz ze wzrostem świadomości
rośnie poziom cierpienia
ale też radość ze spełnionej nadziei
wielki czarny chrabąszcz
mocnykurwafacet
ale ja go znam
wrażliwy
czuły
swój
zrywam zasłony
rozdzieram kotary
a tam nic
znam go
tylko z obrazu i podań
prorok to mocny
słabości i wyuzdania
ekstatyczny i piękny
destruktywny
i nie w każdym tańcu z tobą zatańczę
i nie każdą pieśń z tobą zaśpiewam
tyś objawił siebie
tyś objawił wielu
wielki głód sytych
wielką pustkę masek
oj malutki szamanie
nawet nie przypuszczałem
że choć trochę cię polubię
zabrali króla
i jak dokonać samookreślenia
duszę się
żyły przecięte zwisają
umieram – tak czuję
już
udusiłem się
żyły uschły i odpadły
już umarłem
ha
ale żyję i wreszcie widzę
chociaż tylko cząstkę
lecz widzę
mogę żyć bez niego
i wcale nie przeciw niemu
związki
samotność
ale w niej mieszka szansa
szukam
lasek
kul
i
wózków
i znów staje przede mną
brutalna
gdy nie chciana
piękna
gdy zazwyczaj
w niej drzemią siły niesłychane
abym był
i
abym zniknął
abym poznał trochę
abym szukał
miłował i przyjmował
nie odmawiaj mi tego
co we mnie
życie jest we mnie
duch jest we mnie
i…
zewnętrzne źródło życia
jest wewnątrz człowieka
kiedy duch wywodzi mnie na pustynię
nie mów:
nie czyń tego
czyń to
skrucha
wdzięczność
trata tata
bo duch przemknie
a mnie zostawisz
i nie podniesiesz
ani nie tkniesz nawet
ciężaru mego
on mnie przydusi
a ty jakbyś w ogóle w tym palców nie maczał
odpowiedzialność
ach
te samce
już to się gromadzą
klaty wystawiają
łby wysoko podnoszą
i zęby
i pazury
i tańce
a samice wokół swoich
to się prężą
to parskają
popiskują
słodko
co nas łączy
bóg
czy mówienie o bogu
a przecież można mówić o tym czego nie ma
miłe mi są te chwile
gdy
w melancholii zmysłów
rozlewam się na sofie
lub podłodze
słyszę
dźwięk
widzę półświatło
na brzuchu udzie i ręce
dziecko rozpływa się
patrzy
oddycha
cisza
drugie spotkanie z małym szamanem
jak dziwnie nieprzyjemny
może być smak schyłku
słodycz bez wyrazu mdląca
mało co śliny można przełknąć
oddech nie nasącza powietrzem ciała
źle we własnym ciele
a przecież tylko oglądam wizję twego końca
wspomnienia na taśmie
czuję z tobą silną więź
choć nie wszystko z tobą zapalę
choć nie wszystkiego się z tobą napiję
klimat odosobnienia
miła woń
prostych traw
światło
miękkie i wszędzie
(osioł owce dziewczynka)
w głowę mi wskoczyło
kwadratowe wirowanie
z wczorajszymi obleńcami
przydługimi ślimakami
w duszy swej
w wyobraźni
jestem żeński
zapładniają mnie one
zapładniają mnie oni
bez nich nigdy nic bym nie zdziałał
ni słów
ni obrazów
na ile samodzielny
na ile sam
na ile zależny
sztukmistrz
szaman
dla siebie i dla ciebie
z ciebie i z siebie
podróż tak
a jak
siedzę
leżę
podróż tak
bo czasem podróż
to
niepodróż
a zasiedzenie w ruchu
rozdygotanie
zawieszony w próżni jak
w wodzie w stanie nieważkości
ani dłońmi ani nogami
podeprzeć się nie mogę
głowy skłonić ani nic
zrozum proszę że
jestem zbyt usztywniony
zbyt ukrzyżowany sobą
aby swobodnie unosić się
panie
nagle stałeś się Pawle
patronem nagłego odejścia
pozostawienia wszystkiego
ci co zostali
niech szybko uczą się
moja świadomość marcowa
siedzi przy ogniu i pije wino
moja świadomość marcowa
pełna nadziei w opalu śnieżnej zamieci
moja świadomość marcowa
wszelka wiedza i mądrości
w kablach w falach
a na zewnątrz
każdy sposób każdy obraz
a na zewnątrz
tylko w jamach i pieczarach
kwitnie
płonie
milczy
mówi
oddycha
sophia
wszystkie moje zapytania anarchiczne
wszystkie poszukiwania tao
ciążą ku jednej
matce i córce
sophii
gdym zobaczył
oniemiałem
choć każdy trąbi wokół
a na ustach wielu ona
w proroczym
w narkotycznym
gdy spadam a nie chcę
gdym ukrzyżowany
nie panuję
nie ogarniam
spadam
spadam ale w puch i miękko
jesteś jacek boski
jak papierosy
(pauza)
starczyło pięćdziesiąt wersów
abym zaczął gadać
(dłuższa pauza)
pierdol system pókiś młody
a na starość choć cię powygina
nie będziesz skamieniały
mazowsze
to fałszywe stepy
zbyt soczyste trawy
poletka wierzbami otoczone
ani węża
ani ssaka
wszystko kresne
kresna płaszczyzna
ziemia uprawna
dziadek babcia
nie uciekniesz
pra i pra pra
nie ucieknę
kamień drzewo
góra zalew
nie ucieknę
on ona
nie ucieknę
trawa wzgórze
nie uciekniesz
język
słowo i znaczenie
w tobie we mnie
kocham te zamknięte światy wasze
skupienie i zapach
kolor i światło
żyjecie w tych waszych światach pokornie
światy te zamknięte w sercu
światy te zamknięte w czynach
światy te zamknięte w nieograniczoności
człowiek i narzędzie
narzędzie i człowiek
człowiek i instrument
instrument i człowiek
tylko i aż
misterium i sen
stwarzanie świata
powtarzanie i powtarzanie
„pan jesteś ameba”
tak jestem ameba
czy w wodzie
czy na ziarnku
ameba
mnogość kształtów
i rozlewność
szukam kształtu
co określi
ziemi
łona
w którym spocznę
marcinowi
hej malutkie dzieci
tańczycie na ostrzu noża
hej malutkie dzieci
bawiące się piłka
kozłujecie
podrzucacie
podajecie
głaszczecie
wkładacie pod koszulki by udawać brzemienną
a piłeczka ta
to
wulkan czarna dziura
słup ognia i słup obłoku
arturowi
ha
mam was
maleńkie skrawki bezczasu
pozamykam was
w papier
w szkło i drewno
albo wgłębię was
albo zamknę w ścianie
a wy patrzcie
rozmawiajcie z nami
promieniejcie
długi korytarz
drzwi
otwierają się
olbrzymie pomieszczenie
na ścianie
wiele stalowych drzwiczek
jedne z nich otwarte
a przed nimi
na wysokich noszach
zwłoki przykryte białą tkaniną
na palcu prawej stopy
sznurkiem przywiązany kartonik
„w ręce twoje
panie
powierzam ducha mego”
sen
leżę
a prostopadle do mnie
nieco niżej
pół leży pół siedzi
on
umierający
jego głowa przy moim brzuchu
przy nim lekarz w zielonym kitlu
czuwa
skóra pół leżącego pół siedzącego
brązowo szara
nagle
zaczyna machać rękami i wierzgać nogami
agonia myślę
czuję obrzydzenie a zarazem wiem
muszę mu położyć dłoń na głowie
waham się
gdy kładę mu na głowie dłoń
uspokaja się
umiera
lekarz stwierdza zgon
cisza
wóda i śmiech
noc i droga
tańczyliśmy dwaj przy cudzej muzyce
zupełna swoboda i radość
ulica chodnik drzewa samochody
tańczyliśmy dwaj przy cudzej muzyce
a potem
z powrotem
cmentarz
historie i legendy
samobójca hazardzista
grób jego granitowy
zimna relikwia
a ja tulę się doń i zwijam w embriona
na wielkiej zimnej relikwi
pragnę cię dotknąć stary
dalej
pod murem
grób matki
chodź tu
usiądź mój towarzyszu
leżymy na płycie kamiennej
chłodzą się nasze ciała
relikwią matki
niebo rozgwieżdżone
pół księżyca świeci za cały
wspomnienia o matce
leżymy
spokój
na koniec ucałowanie relikwii
wariackie misterium
my dwaj noc wóda droga taniec dialog grobyrelikwie
3 IX 2008
15:22
ponad trzy lata pamięć nie pozwalała mi na utrwalenie słowami
tej prostej chwili na ukrainie –
raniutko
marzec
mgła jak mleko
niby chłodno ale nie
msza
kilka osób
komunia
cisza
a za oknem wrony swe psalmy kraczą
wronie psalmy
wronie psalmy
moje psalmy – kołowrót myśli
moje psalmy pulsacji oddechu i mięśnia sercowego
nie dziw się mojej minuskule
ale spróbuj znaleźć siebie
ptaka nie uczczę
ani dwu barw
lecz
co język niesie
z okrucha
w
kosmos
„Eloi, Eloi, lama sabachtani?”
w tym jednym wspólność mamy
dla żydów jam goj
dla nieżydów judeofil
dla masonów katol
dla katolików neopoganin
gdy tylko się obnażę
zbyt ciasny dla otwartych
zbyt otwarty dla konserwatystów
no i zaczynam poznawać swą wartość w opozycjach
pokój dzięki walce odnajduję
ptaki płoszą się
gdy próbuję być
zbyt blisko
a mieszkam w skorupie
w pancerzu kolczastym
od wewnątrz rozłupuję
lite i łączone materie
a przez szczelinę wpada
światło
powietrze
wonie
dźwięki
cisza
o Jacku
poetka mówi
on nie ma nic do powiedzenia
on nic nie mówi
nic mi nie powie
on nie ma nic do powiedzenia
poetka mówi
poetka nie słucha
już czas zabić własne dzieci
bogu nieposłuszne
pierworodny w ofierze będzie złożon
żadnej litości
bóg już czeka
bóg to doskonały
sprzeciwu nie znający
bóg oczekuje
muszę pierworodnego złożyć w ofierze
nie ma innej możliwości
już się trzęsę
stół ofiarny tuż
powstrzymuję się
i mocno rzucam małe ciałko na ołtarz
nóż
anioł nie powstrzymuje
zabijam go
on płacze
nie rozumie
ofiara dokonana
zabity pierworodny został sam
i ja zostałem sam
bóg się nasycił
bóg się nie nasycił
jeszcze siebie muszę złożyć w ofierze bogu
zabić siebie muszę
zmazać grzech
że pierworodny w ofierze złożon
wszystko robi zbyt wolno
często coś spierdoli
ofiara musi być
bogumnieschematowi
hej bóg
czy mnie słyszy bóg
to ja jestem tym kotem
który łasi się do twoich stóp
serce jezusa
odwieczne upragnienie świata
serce jezusa
spełnienie marzeń szamanów
zmiłuj się nad nami
ex nihilo
z nicości tworzę nic
a stara suka
pokój niesie ludziom
ale wielki chłop
henry
i tylko nam coś powie
gdy
w kącie zwinięty
w
embrion
wszystko nam opowie
a malcy myślą
że
na górę wskakują
na wielkie drzewo
że góra ta jest skalna
że góra ta jest stała
nie wiedzą oni jeszcze
że
z papieru ona
i
ze śmieci zbudowana
tytuł daję na końcu –
myśl gdy mnie dzieci obskakują
wszystko wyjaśniłem
pęka bańka mydlana
ale fajna za to
i pamiętaj – papier jest cudowny a śmieci kolorowe
rysiowi
znamy się tyle
co liście i trawa
mówimy sobie że
pięknie
mówimy sobie że
kurwa
cuda i obrzydliwości
do tego wszystkiego
jeszcze pokazałeś mi
otchłań
co
blisko wlotu ma dno
to dobrze
prośba – czytelniku nie analizuj proszę
raczej patrz
może i ja tak zrobię
pod zielenią są czerwienie
pod skorupą żyją skały
to jest piękne
chociaż mogą zabić
trzy myśli
I.
składam całuny w kostkę
i układam
aby mi się podobało
pięknie
z dużych wysokości
i krótkie
z niskości
oddycham
leżę nagusieńki
ręce wzdłuż ciała
patrzę w górę
pode mną czuję ziemię
nade mną reszta i powietrze
II.
czy mysłałaś
że
to sen
tak bardzo tajemna chwila
i jestem jej ciekaw
i pożądam
i boję się jej
niech nigdy nie nadejdzie
III.
w śmierci
już nic nie mam do stracenia
i jak w miłości powiem
o kurwa
i jak w miłości powiem
cudownie
niech nie będzie fazy snu
lecz od razu cię poznam
bądźcie pochwalone
półśrodki alkohole i substancje
ludzkie błędy
i napady szczerości
z pańskiej łaski dziwactwa
prorocy
o nie
to tylko zniesienie czasu
to wszystko
to dziwne węzły dywanu
czasie
nie ukształtuję cię
przestrzeni
nie przebuduję cię
ale podejmę wyzwanie
w czasie
gdy
wszystko na skraju
nie zmrużę oka
ciche usłyszę
i
małe zobaczę
w czasie
gdy
wszystko na skraju
nie zmrużusz oka
ciche usłyszysz
i
małe zobaczysz
niweczę
moc
strachu
i mówię
boję się
pełznę i wiję się
między kamieniami
wkopuję w piach
rozbijam czasem głaz
czuję jego zapach
piach w powietrzu
odżywia mnie
zapach ziemi
poi mnie
wykopaliska trwają wciąż
machamy łopatami
a właściwie nurkujemy
znajdujemy głaz
i człowieka znajdujemy
patrzcie patrzcie
a tu
drzewo
a nad drzewem ptak
a nad ptakiem słońce
8 VII 2009
od małego odnajduję
twarze
zdarzenia
zwierzęta
zaklęte w
płytach kamiennych posadzek kościołów
rozłupanych pniach i na deskach
niechlujnym szkliwie
skałach i patykach albo narzuconym tynku
rozsypanym piachu
śladzie po wytartej z tuszu stalówce
pakatatatak takatam
takarakata takata
takarakata takatam
24 VI 2009
wytęż słuch bez wytężania
to ślimak idzie po ścianie
lubię wszystko to
co przy okazji
albo
siejesz tu
a
wyrasta tam
8 VII 2009
gdy we śnie
chcę mówić a nie mogę
chcę krzyczeć a nie mogę
chcę sprzeciwić się a nie mogę
nie przypuszczałem
że to symbol
mych niemocy za dnia
gdy stulić mordę mam
gdy w ryj dostaję i nie znajduję
argumentu na odpowiedź
żywe
jak pulsuje, jak pachnie
istne
panie kalkulatorze
życia ni śmierci
nic a nic
kalkulujesz ty pięknie
czysto i porządnie
znasz i wiesz
a ja czekam
kiedy
pękniesz
jo
szukasz siebie
pośród smoków i potworów
lubisz ty rzeczy straszne
mój mały
fra
pełen śmiechu
lecisz
najprawdziwszyś
franku drogi
ubierz się jednak
w
liście
jesienne
złote
czerwone
brązowe
o nie wstrzymuj swego zagniewania i
niech miecz twój się nazbyt sroży
panie,
lecz gdzie twój miecz i
gdzie twoje zagniewanie
kiedy przyjdzie czas umierać
zostawię
wszystkie swoje rzeczy z pracowni
będę wolny
w
okienkach
drzwiczkach
klatkach
nawet hostia jest z papieru
o tych co się przechylają
o tych co zakładają pętlę
niech wpadną w twe ręce
niech zawisną w twe ramiona
jedna chwila
zatrzymana
w
to
co
niezmierzone
zimorodek
czyżby
niedzielny kościół to kukły
nieco ruchome
w głowie proboszcza
skomponowane
posłuszne jego wezwaniom
niektóre rzeczy przestają być sobą, gdy pozostaną bez obramowania,
tracą swą moc
gdy na pustej powierzchni rzecz pozostanie sama
mocna
kreską
kolorem
i ram mieć nie musi
i emanuje
obramowana przestrzenią
nie przemawiaj już do mnie
boże mózgu mego
sędzio sprawiedliwy
za dobre tak
za złe nie
wszystko pod kontrolą
udręka
ale po co zwracać się do tego
po co mówić do widziadła
gdy zobaczysz mojego trupa
nie mów to on
pocałuj w rękę lub ugryź po co
to nie ja
to nie moje ciało
wraz ze wzrostem świadomości
rośnie poziom cierpienia
ale też radość ze spełnionej nadziei
wielki czarny chrabąszcz
mocnykurwafacet
ale ja go znam
wrażliwy
czuły
swój
zrywam zasłony
rozdzieram kotary
a tam nic
znam go
tylko z obrazu i podań
prorok to mocny
słabości i wyuzdania
ekstatyczny i piękny
destruktywny
i nie w każdym tańcu z tobą zatańczę
i nie każdą pieśń z tobą zaśpiewam
tyś objawił siebie
tyś objawił wielu
wielki głód sytych
wielką pustkę masek
oj malutki szamanie
nawet nie przypuszczałem
że choć trochę cię polubię
zabrali króla
i jak dokonać samookreślenia
duszę się
żyły przecięte zwisają
umieram – tak czuję
już
udusiłem się
żyły uschły i odpadły
już umarłem
ha
ale żyję i wreszcie widzę
chociaż tylko cząstkę
lecz widzę
mogę żyć bez niego
i wcale nie przeciw niemu
związki
samotność
ale w niej mieszka szansa
szukam
lasek
kul
i
wózków
i znów staje przede mną
brutalna
gdy nie chciana
piękna
gdy zazwyczaj
w niej drzemią siły niesłychane
abym był
i
abym zniknął
abym poznał trochę
abym szukał
miłował i przyjmował
nie odmawiaj mi tego
co we mnie
życie jest we mnie
duch jest we mnie
i…
zewnętrzne źródło życia
jest wewnątrz człowieka
kiedy duch wywodzi mnie na pustynię
nie mów:
nie czyń tego
czyń to
skrucha
wdzięczność
trata tata
bo duch przemknie
a mnie zostawisz
i nie podniesiesz
ani nie tkniesz nawet
ciężaru mego
on mnie przydusi
a ty jakbyś w ogóle w tym palców nie maczał
odpowiedzialność
ach
te samce
już to się gromadzą
klaty wystawiają
łby wysoko podnoszą
i zęby
i pazury
i tańce
a samice wokół swoich
to się prężą
to parskają
popiskują
słodko
co nas łączy
bóg
czy mówienie o bogu
a przecież można mówić o tym czego nie ma
miłe mi są te chwile
gdy
w melancholii zmysłów
rozlewam się na sofie
lub podłodze
słyszę
dźwięk
widzę półświatło
na brzuchu udzie i ręce
dziecko rozpływa się
patrzy
oddycha
cisza
drugie spotkanie z małym szamanem
jak dziwnie nieprzyjemny
może być smak schyłku
słodycz bez wyrazu mdląca
mało co śliny można przełknąć
oddech nie nasącza powietrzem ciała
źle we własnym ciele
a przecież tylko oglądam wizję twego końca
wspomnienia na taśmie
czuję z tobą silną więź
choć nie wszystko z tobą zapalę
choć nie wszystkiego się z tobą napiję
klimat odosobnienia
miła woń
prostych traw
światło
miękkie i wszędzie
(osioł owce dziewczynka)
w głowę mi wskoczyło
kwadratowe wirowanie
z wczorajszymi obleńcami
przydługimi ślimakami
w duszy swej
w wyobraźni
jestem żeński
zapładniają mnie one
zapładniają mnie oni
bez nich nigdy nic bym nie zdziałał
ni słów
ni obrazów
na ile samodzielny
na ile sam
na ile zależny
sztukmistrz
szaman
dla siebie i dla ciebie
z ciebie i z siebie
podróż tak
a jak
siedzę
leżę
podróż tak
bo czasem podróż
to
niepodróż
a zasiedzenie w ruchu
rozdygotanie
zawieszony w próżni jak
w wodzie w stanie nieważkości
ani dłońmi ani nogami
podeprzeć się nie mogę
głowy skłonić ani nic
zrozum proszę że
jestem zbyt usztywniony
zbyt ukrzyżowany sobą
aby swobodnie unosić się
panie
nagle stałeś się Pawle
patronem nagłego odejścia
pozostawienia wszystkiego
ci co zostali
niech szybko uczą się
moja świadomość marcowa
siedzi przy ogniu i pije wino
moja świadomość marcowa
pełna nadziei w opalu śnieżnej zamieci
moja świadomość marcowa
wszelka wiedza i mądrości
w kablach w falach
a na zewnątrz
każdy sposób każdy obraz
a na zewnątrz
tylko w jamach i pieczarach
kwitnie
płonie
milczy
mówi
oddycha
sophia
wszystkie moje zapytania anarchiczne
wszystkie poszukiwania tao
ciążą ku jednej
matce i córce
sophii
gdym zobaczył
oniemiałem
choć każdy trąbi wokół
a na ustach wielu ona
w proroczym
w narkotycznym
gdy spadam a nie chcę
gdym ukrzyżowany
nie panuję
nie ogarniam
spadam
spadam ale w puch i miękko
jesteś jacek boski
jak papierosy
(pauza)
starczyło pięćdziesiąt wersów
abym zaczął gadać
(dłuższa pauza)
pierdol system pókiś młody
a na starość choć cię powygina
nie będziesz skamieniały
mazowsze
to fałszywe stepy
zbyt soczyste trawy
poletka wierzbami otoczone
ani węża
ani ssaka
wszystko kresne
kresna płaszczyzna
ziemia uprawna
dziadek babcia
nie uciekniesz
pra i pra pra
nie ucieknę
kamień drzewo
góra zalew
nie ucieknę
on ona
nie ucieknę
trawa wzgórze
nie uciekniesz
język
słowo i znaczenie
w tobie we mnie
kocham te zamknięte światy wasze
skupienie i zapach
kolor i światło
żyjecie w tych waszych światach pokornie
światy te zamknięte w sercu
światy te zamknięte w czynach
światy te zamknięte w nieograniczoności
człowiek i narzędzie
narzędzie i człowiek
człowiek i instrument
instrument i człowiek
tylko i aż
misterium i sen
stwarzanie świata
powtarzanie i powtarzanie
„pan jesteś ameba”
tak jestem ameba
czy w wodzie
czy na ziarnku
ameba
mnogość kształtów
i rozlewność
szukam kształtu
co określi
ziemi
łona
w którym spocznę
marcinowi
hej malutkie dzieci
tańczycie na ostrzu noża
hej malutkie dzieci
bawiące się piłka
kozłujecie
podrzucacie
podajecie
głaszczecie
wkładacie pod koszulki by udawać brzemienną
a piłeczka ta
to
wulkan czarna dziura
słup ognia i słup obłoku
arturowi
ha
mam was
maleńkie skrawki bezczasu
pozamykam was
w papier
w szkło i drewno
albo wgłębię was
albo zamknę w ścianie
a wy patrzcie
rozmawiajcie z nami
promieniejcie
długi korytarz
drzwi
otwierają się
olbrzymie pomieszczenie
na ścianie
wiele stalowych drzwiczek
jedne z nich otwarte
a przed nimi
na wysokich noszach
zwłoki przykryte białą tkaniną
na palcu prawej stopy
sznurkiem przywiązany kartonik
„w ręce twoje
panie
powierzam ducha mego”
sen
leżę
a prostopadle do mnie
nieco niżej
pół leży pół siedzi
on
umierający
jego głowa przy moim brzuchu
przy nim lekarz w zielonym kitlu
czuwa
skóra pół leżącego pół siedzącego
brązowo szara
nagle
zaczyna machać rękami i wierzgać nogami
agonia myślę
czuję obrzydzenie a zarazem wiem
muszę mu położyć dłoń na głowie
waham się
gdy kładę mu na głowie dłoń
uspokaja się
umiera
lekarz stwierdza zgon
cisza
wóda i śmiech
noc i droga
tańczyliśmy dwaj przy cudzej muzyce
zupełna swoboda i radość
ulica chodnik drzewa samochody
tańczyliśmy dwaj przy cudzej muzyce
a potem
z powrotem
cmentarz
historie i legendy
samobójca hazardzista
grób jego granitowy
zimna relikwia
a ja tulę się doń i zwijam w embriona
na wielkiej zimnej relikwi
pragnę cię dotknąć stary
dalej
pod murem
grób matki
chodź tu
usiądź mój towarzyszu
leżymy na płycie kamiennej
chłodzą się nasze ciała
relikwią matki
niebo rozgwieżdżone
pół księżyca świeci za cały
wspomnienia o matce
leżymy
spokój
na koniec ucałowanie relikwii
wariackie misterium
my dwaj noc wóda droga taniec dialog grobyrelikwie
3 IX 2008
15:22
ponad trzy lata pamięć nie pozwalała mi na utrwalenie słowami
tej prostej chwili na ukrainie –
raniutko
marzec
mgła jak mleko
niby chłodno ale nie
msza
kilka osób
komunia
cisza
a za oknem wrony swe psalmy kraczą
wronie psalmy
wronie psalmy
moje psalmy – kołowrót myśli
moje psalmy pulsacji oddechu i mięśnia sercowego
nie dziw się mojej minuskule
ale spróbuj znaleźć siebie
ptaka nie uczczę
ani dwu barw
lecz
co język niesie
z okrucha
w
kosmos
„Eloi, Eloi, lama sabachtani?”
w tym jednym wspólność mamy
dla żydów jam goj
dla nieżydów judeofil
dla masonów katol
dla katolików neopoganin
gdy tylko się obnażę
zbyt ciasny dla otwartych
zbyt otwarty dla konserwatystów
no i zaczynam poznawać swą wartość w opozycjach
pokój dzięki walce odnajduję
ptaki płoszą się
gdy próbuję być
zbyt blisko
a mieszkam w skorupie
w pancerzu kolczastym
od wewnątrz rozłupuję
lite i łączone materie
a przez szczelinę wpada
światło
powietrze
wonie
dźwięki
cisza
o Jacku
poetka mówi
on nie ma nic do powiedzenia
on nic nie mówi
nic mi nie powie
on nie ma nic do powiedzenia
poetka mówi
poetka nie słucha
już czas zabić własne dzieci
bogu nieposłuszne
pierworodny w ofierze będzie złożon
żadnej litości
bóg już czeka
bóg to doskonały
sprzeciwu nie znający
bóg oczekuje
muszę pierworodnego złożyć w ofierze
nie ma innej możliwości
już się trzęsę
stół ofiarny tuż
powstrzymuję się
i mocno rzucam małe ciałko na ołtarz
nóż
anioł nie powstrzymuje
zabijam go
on płacze
nie rozumie
ofiara dokonana
zabity pierworodny został sam
i ja zostałem sam
bóg się nasycił
bóg się nie nasycił
jeszcze siebie muszę złożyć w ofierze bogu
zabić siebie muszę
zmazać grzech
że pierworodny w ofierze złożon
wszystko robi zbyt wolno
często coś spierdoli
ofiara musi być
bogumnieschematowi
hej bóg
czy mnie słyszy bóg
to ja jestem tym kotem
który łasi się do twoich stóp
serce jezusa
odwieczne upragnienie świata
serce jezusa
spełnienie marzeń szamanów
zmiłuj się nad nami
ex nihilo
z nicości tworzę nic
a stara suka
pokój niesie ludziom
ale wielki chłop
henry
i tylko nam coś powie
gdy
w kącie zwinięty
w
embrion
wszystko nam opowie
a malcy myślą
że
na górę wskakują
na wielkie drzewo
że góra ta jest skalna
że góra ta jest stała
nie wiedzą oni jeszcze
że
z papieru ona
i
ze śmieci zbudowana
tytuł daję na końcu –
myśl gdy mnie dzieci obskakują
wszystko wyjaśniłem
pęka bańka mydlana
ale fajna za to
i pamiętaj – papier jest cudowny a śmieci kolorowe
rysiowi
znamy się tyle
co liście i trawa
mówimy sobie że
pięknie
mówimy sobie że
kurwa
cuda i obrzydliwości
do tego wszystkiego
jeszcze pokazałeś mi
otchłań
co
blisko wlotu ma dno
to dobrze
prośba – czytelniku nie analizuj proszę
raczej patrz
może i ja tak zrobię
pod zielenią są czerwienie
pod skorupą żyją skały
to jest piękne
chociaż mogą zabić
trzy myśli
I.
składam całuny w kostkę
i układam
aby mi się podobało
pięknie
z dużych wysokości
i krótkie
z niskości
oddycham
leżę nagusieńki
ręce wzdłuż ciała
patrzę w górę
pode mną czuję ziemię
nade mną reszta i powietrze
II.
czy mysłałaś
że
to sen
tak bardzo tajemna chwila
i jestem jej ciekaw
i pożądam
i boję się jej
niech nigdy nie nadejdzie
III.
w śmierci
już nic nie mam do stracenia
i jak w miłości powiem
o kurwa
i jak w miłości powiem
cudownie
niech nie będzie fazy snu
lecz od razu cię poznam
bądźcie pochwalone
półśrodki alkohole i substancje
ludzkie błędy
i napady szczerości
z pańskiej łaski dziwactwa
prorocy
o nie
to tylko zniesienie czasu
to wszystko
to dziwne węzły dywanu
czasie
nie ukształtuję cię
przestrzeni
nie przebuduję cię
ale podejmę wyzwanie
w czasie
gdy
wszystko na skraju
nie zmrużę oka
ciche usłyszę
i
małe zobaczę
w czasie
gdy
wszystko na skraju
nie zmrużusz oka
ciche usłyszysz
i
małe zobaczysz
niweczę
moc
strachu
i mówię
boję się
pełznę i wiję się
między kamieniami
wkopuję w piach
rozbijam czasem głaz
czuję jego zapach
piach w powietrzu
odżywia mnie
zapach ziemi
poi mnie
wykopaliska trwają wciąż
machamy łopatami
a właściwie nurkujemy
znajdujemy głaz
i człowieka znajdujemy
patrzcie patrzcie
a tu
drzewo
a nad drzewem ptak
a nad ptakiem słońce
8 VII 2009
od małego odnajduję
twarze
zdarzenia
zwierzęta
zaklęte w
płytach kamiennych posadzek kościołów
rozłupanych pniach i na deskach
niechlujnym szkliwie
skałach i patykach albo narzuconym tynku
rozsypanym piachu
śladzie po wytartej z tuszu stalówce
pakatatatak takatam
takarakata takata
takarakata takatam
24 VI 2009
wytęż słuch bez wytężania
to ślimak idzie po ścianie
lubię wszystko to
co przy okazji
albo
siejesz tu
a
wyrasta tam
8 VII 2009
gdy we śnie
chcę mówić a nie mogę
chcę krzyczeć a nie mogę
chcę sprzeciwić się a nie mogę
nie przypuszczałem
że to symbol
mych niemocy za dnia
gdy stulić mordę mam
gdy w ryj dostaję i nie znajduję
argumentu na odpowiedź